Surfingowy Hell’s Kitchen
To już nasze drugie spotkanie w szkółce surfingowej Marcina i znowu się nie zawiedliśmy! Fajne miejsce niedaleko naszego wakacyjnego domu, czyli La Parad to spot idealny dla początkujących i średniozaawansowanych - szeroka plaża, długie fale i (przynajmniej rano!) bardzo przyjazne warunki do nauki. Ustalamy godzinę porannej lekcji…Marcin pisze, że widzimy się o 8 rano…
Ta godzina początkowo brzmiała jak wyrok śmierci na wakacjach, ale szybko okazało się, że to strzał w dziesiątkę. Pisałem do niego czy to na poważnie…Odpisał, że w tym przypadku jest poważny (bo bezpieczeństwo uczestników jest dla niego bardzo ważne). Koło 11:00 schodząc ze spotu widzieliśmy już takie fale, że cieszyliśmy się z naszego porannego treningu - te późniejsze zdecydowanie nie były dla amatorów!
Marcin to taki Gordon Ramsay surfingu - niby wyluzowany, ale jak trzeba, to jest mega poważny, szczególnie jeśli chodzi o bezpieczeństwo. Każdy trening zaczyna się od solidnej rozgrzewki (tak, tak - na wakacjach też trzeba!), potem trening na lądzie na sucho z kopaniem dołków koło deski, czasem trening z dmuchanymi poduszkami pod deską (bezcenne do wyrobienia pamięci mięśniowej) i dopiero jak to przejdziesz możesz iść do wody.
Marcin również uczy cię "czytać wodę” - każe obserwować układy fal, tłumaczy prostym językiem skąd się biorą te lepsze do surfingu, pokazuje na piasku jaki wybrać właściwy moment. "Patrz, widzisz te zmarszczki na wodzie? Za nimi idzie twoja fala! A tamtą zostaw spokojnie - to nie twoja kolejka!" Wszystko tłumaczy tak obrazowo i konkretnie, że moje dzieciaki zafascynowane surfingiem łapią o co chodzi. Może dlatego tak chętnie z nim ćwiczą - zero wymądrzania się, za to dużo cierpliwości i jeszcze więcej uśmiechu.
Jego teksty są bezcenne: „Jak trzymasz te ręce ?! Tylną ułóż tak jakbyś sprawdzał która godzina... Ale nie sprawdzaj, bo głowa ma być wyżej, patrz przed siebie! Przednia luźniej, ma łapać balans, nie piszesz na klawiaturze!" No i czasem takie perełki coachingowe: "Co z tą pamięcią mięśniową? W bagażu została na lotnisku?"
Najlepsze jest to, że mimo zmęczenia i tego, że momentami czujesz się jak na obozie sportowym a nie na wakacjach, jego energia i poczucie humoru sprawiają, że chce się wracać na kolejne fale. Jest konkretny w tym co robi, ale jednocześnie bardzo miły i potrafi świetnie wytłumaczyć nawet najtrudniejsze elementy w prosty sposób. W jednej chwili może skrzyczeć cię za złe ułożenie na desce, by zaraz potem szczerze pochwalić za idealnie wybraną falę i poprawną pozycję.
I choć czasem zrzędzi jak ten Gordon ("Naprawdę? Znowu zapomnieliście wszystko z zeszłego roku?!"), to właśnie ta mieszanka luzu i profesjonalizmu sprawia, że wróciliśmy tu drugi raz. Marcin widzi każdy błąd z daleka i od razu reaguje. "Ta fala nie dla ciebie, czekaj na następną!" - krzyczy z brzegu, ratując nas przed niechybnym zjedzeniem piasku. A jak już złapiesz tę właściwą falę i wstaniesz w dobrym momencie, to jego szczery uśmiech i kciuk w górę dodają więcej energii niż poranna kawa!
Po treningu schodziliśmy ze spotu patrząc na coraz większe fale i byliśmy wdzięczni za te wczesne pobudki - nie tylko ze względu na warunki, ale też dlatego, że po intensywnym treningu mieliśmy już dość (choć nikt się do tego głośno nie przyznawał). I chcieliśmy wrócić za dwa dni, mimo naszych zakwasów w nogach i bólu ramion od ciągłego wstawania i mielenia nas przez białe skołtunione fale.
Zdecydowanie polecamy szkołę Marcina - czy jesteś początkujący czy już "ogarniasz" temat. Tu nie ma miejsca na nudę, jest za to mnóstwo śmiechu, profesjonalne podejście i prawdziwa pasja do surfingu, którą Marcin zaraża wszystkich dookoła. No i ta satysfakcja, jak wreszcie złapiesz balans i słyszysz z brzegu: "O! Nareszcie! TAK MA BYĆ!" - bezcenne! Do zobaczenia na następnym wyjeździe!
Na koniec podrzucił nam info o świetnej knajpie (i rzeczywiście była rewelacyjna - La Falua)
Shaka!